Muszę się dziś wyżalić. Zosia nie skończyła jeszcze 4 miesięcy, a już chyba setny raz muszę ścierać się z lekarzem/ położną i odmawiać przejścia na preparat mlekozastępczy... Skąd takie parcie do licha? Nutramigen panaceum na wszystkie kłopoty? A co ze wszystkimi wartościami mleka matki?
Zaczęło się już tydzień po porodzie. Położna środowiskowa, słysząc o problemach kolkowych i napadowym płaczu Zośki zasugerowała odciąganie pierwszej fazy pokarmu, by sprawdzić czy to nie kłopoty z trawieniem laktozy. Mimo odciągania naprawdę źle się działo, Zośka prężyła się i wiła przy jedzeniu, brzuszek miała twardy i obolały, więc po konsultacji z kliniką w której rodziłam, pojechałam zrobić test Kerrego - werdykt: ++++, a zatem nietolerancja laktozy wysoka. Co usłyszałam jako pierwsze? Odstawić od piersi, przejść na Nutramigen. Uparłam się jednak, córa doskonale przybierała na wadze mimo problemów, ssać chciała bardzo - ssak z niej urodzony, już na sali porodowej ciamkała :) - a ja pokarmu miałam mnóstwo. Kiedy tak postawiłam sprawę, okazało się, no proszę, że istnieją magiczne kropelki z enzymem laktazą, czyli w sam raz w zaistniałej sytuacji... Można? Można, kurczę. Dlaczego TO nie jest zatem pierwszą radą lekarzy?


