Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty

Jaskiniowiec przepoczwarzony

Victoria Tuaz, by Cyril Lagel

Piątkowy wieczór. Luby mój Jaskiniowiec poszedł oddawać się typowym prehistorycznym rozrywkom w męskim gronie (gry kościane i te sprawy ;). Jego kobiecie przypadło więc w udziale pilnowanie domowego ogniska, lulanie dziecięcia i inne prace jaskiniowe. Ot, sterta odzieży czeka na okładanie rozgrzanym żelastwem, mięsiwo spogląda sugestywnie nieruchomym okiem czekając na doprawienie, a kurze śmieją mi się bezczelnie w nos...
Herbaciana wykąpała, nakarmiła i ululała dziecię, po czym ułożyła je pod bokiem czuwającego czworonożnego sprzymierzeńca. Zakasała rękawy, przewiązała włosy, szykując się do boju niczym Rambo... i spojrzała w lustro.
Wydała z siebie niemy okrzyk, o iście prehistorycznym brzmieniu: (cenzura jaskiniowa)!

No bo z karykaturalnym Rambo miała faktycznie więcej wspólnego, niż z jaskiniową pięknością, niestety. Rambo w rozumieniu ogólnego zapuszczenia i powykrzywianej facjaty, nie muskularności, rzecz jasna.



Faktycznie, ostatnimi czasy lustro jakoś nieczęsto bywało w moim polu widzenia - a kiedy bywało, to tylko podczas zabawiania Zochy. Zamiast stosowania jakiegokolwiek pakietu pielęgnacyjnego, brałam jedynie szybki prysznic, pomijając nawet późniejsze balsamowanie, masaż, cokolwiek. Faktycznie powiało epoką kamienia... A kiedy miałam czas do dowolnego wykorzystania oddawałam się uparcie we władanie wewnętrznego leniwca, i zalegałam z książką w wannie, zamiast masować się szczotą ryżową. Niech mnie! Tylko o włosy dbałam jak należy, ale tony kłaków na poduszce, szczotce i w maleńkich rączkach córci były wystarczająco dobitną motywacją. Dobrze, że choć na tym polu odnotowałam zwycięstwo (niech żyje biovax i olejowanie!). No i chwała karmieniu Ssaka, bo bezwstydne łasuchowanie uchodzi mi nadal bez skutków ubocznych. Ale stan ogólny herbacianej określić muszę jako zszarzała, sflaczała dętka. Twarz anemiczna z lekka, oczy przekrwione, w pandopodobnej osłonie, zaskórniki i ogólny smęt. Nawet pełniejszy zarys piersi u góry, który z daleka można by wziąć za kuszący, z bliska okazuje się być przeoczonymi powracającymi guzkami...

O nie nie, tak to nie będzie!

Zmiana planów.
Oto wieczór jaskiniowego SPA!

Na ciężki przypadek, trzeba sprawdzonych sposobów:

1. Naprzemienny ciepło-zimny prysznic z masażem rękawicą/ szczotką ryżową
2. Peeling o bajecznym zapachu latte:
dwie czubate łyżeczki kawy mielonej, łyżeczka balsamu do kąpieli Babydream fur mama, opcjonalnie płaska łyżeczka cukru trzcinowego
(po rozgrzaniu i delikatnym rozmasowaniu guzków wyszło mi latte z podwójnym mlekiem...;P)
3. Wmasowanie w ciało olejku Babydream lub dowolnego innego, o dobrym składzie (w sumie punkt niekonieczny, bo po peelingu z balsamem Babydream skóra jest aksamitna i nawilżona... ale to ciężki przypadek jest, jak pisałam)
4. Magiczny peeling twarzy- pogromca zaskórników (wcześniej na twarz warto położyć mocno ciepły ręczniczek, żeby pory się ładnie pootwierały):
gałka muszkatołowa, najlepiej świeżo zmielona/starta + odrobina mleka 
5. Dla skóry jak jedwab - maseczka z zielonej herbaty matcha:
łyżeczka matcha + kilka kropel wody, około 20' na twarzy, szyję i dekolt, zmywane ciepłą wodą
efekt- zbawienny!!! <3

źródło
6. Olejek arganowy delikatnie wmasowany w skórę twarzy
7. Rzęsy przeczesane olejkiem rycynowym
8. Kubek ciepłej, zielonej herbaty (najlepiej gyokuro), dla pełni szczęścia i antyoksydacyjnego wsparcia wewnętrznego... :)


Herbaciana już nie straszy!
i może nawet jutro mąż poprosi mnie do tańca, kto wie?
:)

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić na powrót Leniwca, chwycić książkę i odprężyć się...

p1

Herbaciana Kangurzyca i zima w Dolinie Muminków

Zima, w końcu! Nie powiem, pasowała mi ta nasza pokręcona jesienna pogoda, ale troszkę bieli dobrze światu robi... :) Jaśniej, pogodniej i czyściej wokoło ;)
A w domu cieplutko dla kontrastu, w kolorach, uśmiechu i zapachu chai... Taką zimę lubimy!

Skoro już tak sielsko, cieplutko i pogodnie się zrobiło, herbaciana załączyła Muminki... bo zima w Dolinie Muminków jest jeszcze fajniejsza! I pachnie naleśnikami Mamusi Muminka, muszę zrobić... (znacie przepis? podaje go Małgorzata Musierowicz :) genialne są!)
U nas leci odcinek w oryginalnej, japońskiej wersji językowej, ale polską wersję lubię też :) Zatem, z dedykacją dla Was:


No tak, i mi wyszło - wcale nie o Muminkach miało być!
Bo to post o chustowaniu jest :) Serio :P 
Dlaczego dzisiaj? Ano, byliśmy dziś na rodzinnym spacerze - luby mój bawił się w przewodnika i zaprowadził nas gdzieś hen, w leśne ostępy... W śniegu brnęliśmy niemal po kolana, niosąc coraz większe czapy śniegowe na głowach. Ale to dla zdrowia wszystko, dla zdrowia! ;) I po kładkach podejrzanych szliśmy, i na wpół-zamarznięte bagno wleźliśmy... 
Taki ot, spacerek herbacianej kangurzycy i jej rodzinki :D
Kiedy wracaliśmy już do domu, zdałam sobie sprawę, jakie to kurka szczęście! Bo nie wyobrażam sobie spaceru z wózkiem w taki dzień, a już na pewno nie tak fajnego... ja w zasadzie w ogóle rzadko kiedy wyobrażam sobie spacery z wózkiem, bo ów sprzęt zwykle przegrywa w przedbiegach ;) Obecnie wybył do piwnicy, bo nam w domu zawadzał - pełnił wcześniej rolę kołyski, ale Zosia urosła i wygodniej jej na łóżku. 

Właśnie dlatego chcę napisać dziś o chustowaniu. Bo jest zima, piękna, biała - dzieci oglądają ją z radością i ciekawością. A o niebo lepiej ogląda się w pionie, kiedy widać znacznie więcej świata, niż tylko niebo właśnie ;) Bo zimą aż się prosi o wyprawy, o te całe brnięcie w śniegu, o oglądanie cudnie ośnieżonych krajobrazów. Na sanki jeszcze za wcześnie... ;) I jeszcze trochę dlatego, że kiedy zdarzyło mi się pytać dawniej znajome matki, czy nie rozważały noszenia w chuście, kilka razy usłyszałam "w sumie myślałam, ale najpierw dziecko było za małe, a potem była zima...".
Taaak...

Zocha po raz pierwszy została zachustowana w poważnym wieku 3 tygodni, kiedy byłam na granicy wytrzymałości - Zosia kolki miała takie, że każde odłożenie dziecka kończyło się krzykiem realnie grożącym wizytą opieki społecznej, a mnie już przyciskał głód i w oczy zaglądała desperacja. Zamotałam - i voila! Nastała błoga cisza, przy jednoczesnej cudownej swobodzie ruchów... Od tamtego czasu chusta to podstawowy "sprzęt" w domu i na zewnątrz. Nie wiem, jak przebrnęlibyśmy przez czas kolek, nietolerancji laktozy, czy zaostrzenia refluksu, gdyby nie to. Nie wiem jak byłabym wtedy w stanie cokolwiek ugotować, uprasować, czy - banalnie - zjeść śniadanie lub wyskoczyć do sklepu. Chusta to było nasze wybawienie :)

Nie będę tu przytaczać żadnych cytatów, ani opinii wymienianych przez autorytety. 
Napiszę tylko to, co dyktuje mi własne doświadczenie.

Zatem, dlaczego WARTO chustować:
  • nic tak nie uspokaja dziecka jak bliskość matki (i ogólnie tulenie, bicie serca)
  • zapewnia naturalny masaż brzuszka dziecka 
  • daje nam swobodę ruchów - obie ręce wolne :)
  • z dzieckiem w chuście można wejść WSZĘDZIE! nie dotyczą nas ograniczenia wózkowe - schody, korzenie, błoto, wąskie ścieżki, góry, doliny...! 
  • chustę można zabrać WSZĘDZIE i zachustować dziecko w każdej chwilli (potrzebujesz rąk, a nie ma kto przypilnować niemowlęcia? chodzące dziecko zmęczyło się na spacerze? 2 minuty i gotowe)
  • dziecko w chuście obserwuje świat z naszej perspektywy, na spacerze widzi wszystko wokół zamiast nudnego wycinka nieba, szczytów drzew i ostatnich pięter budynków (znaczy, dopóki chce i nie śpi;)), a w domu ogląda z uwagą wszystko co robimy (ach, ten zachwyt dziecka obserwującego zmywanie! bezcenne! :)) 
  • kołysanie naszym chodem fantastycznie usypia dziecię
  • utrzymuje bioderka dziecka w prawidłowej pozycji (oczywiście pod warunkiem prawidłowego wiązania!)
  • ratuje nasz kręgosłup... każda matka chyba wie, jak potwornie działa na plecy częste noszenie dziecka - prawidłowe zachustowanie pozwala na równomierne rozłożenie ciężaru, no i na wyprostowanie się... :) 
  • jedna chusta - a wariantów noszenia mnóstwo! Zawsze znajdzie się sposób wiązania odpowiadający idealnie naszym potrzebom, na każdym etapie rozwoju dziecka
  • pozwala włączać dziecko w rytm naszych codziennych czynności- tym samym wszystko nie toczy się wokół dziecka, ono natomiast w pełni uczestniczy i poznaje nasze życie
  • ...wspominałam, że mamy obie ręce wolne? ;)
Można by jeszcze napisać o tym, ileż jest wzorów i kolorów chust - no bajka! Ja się obecnie uśmiecham do lubego, delikatnie sugerując, że chustę mam na sobie częściej niż kreacje i biżuterię, więc jakby chciał mi zrobić prezent... ;)

Zawitkowski podkreśla, że częstym błędem popełnianym przez rodziców jest ciągłe noszenie niemowlęcia w pionie - i ogólnie się z nim zgadzam. Aczkolwiek wszystko z głową. Przykładowo, ortopeda zalecił częstsze noszenie w "kieszonce" (pionowa pozycja, którą można stosować od pierwszych dni życia) zamiast w "kołysce" (pozycja półleżąca), ze względu na ułożenie bioder, a poza tym na Zosine kolki i refluks pomagało wyłącznie pionizowanie. Więc na pewno warto pamiętać, by nie nosić cały dzień maleństwa w jednej pozycji, by nie obciążać ani kręgosłupa dziecka, ani bioder. Myślę, że dbanie o prawidłowe zamotanie i o różnicowanie pozycji przybieranych przez dziecko całościowo w ciągu dnia, to klucz do bezpiecznego rozwoju. Z resztą, matczyna intuicja pokieruje na pewno :)

Kangurowanie fajne jest!

p1

Jak lwiątko zostało wodnikiem...

...czyli Zosia uczy się pływać :D tak, tak to niewątpliwie moja krew! Zośka w wodzie jest w swoim żywiole. Pół godziny zajęć minęło błyskawicznie, w ogólnym zaaferowaniu, chlapaniu, śmiechu i podskakiwaniu. I choć cała wyprawa była wyzwaniem logistycznym, to już od pierwszej minuty w wodzie wiedzieliśmy, że warto!

W szatni Zosia rozglądała się ciekawie, pieluszkę pływajkę zaakceptowała bez problemu, po czym przyszła kolej na prysznic - a tego się obawiałam. Na szczęście całkiem niesłusznie :) Z braku zdjęć pokuszę się o opis...
Pod prysznic weszłyśmy tak, by woda leciała początkowo tylko na mnie, a po chwili wsunęłam i Małą. Po pierwszych kropelkach Zosia wzdrygnęła się zaskoczona, i z lekka oniemiała, mniej więcej tak:
źródło TU
Główka chodziła jej na wszystkie strony, po czym zlokalizowała widać źródło kropelek, bo podniosła główkę prosto w strumień wody. I wbrew wszelkiej logice, nie odwróciła główki, nie parsknęła, nie zamknęła nawet ocząt... Wyglądała o tak (tylko bez parasola - i wąsów, ma się rozumieć;)):
źródło TU

Rozanielone dziecię owinęłam ręczniczkiem, po czym ubrałam w szlafroczek i czekałyśmy na wejście do wody :) A ile wrażeń dostarczyło już samo czekanie! No bo tyle głosów i ludzi wokoło, i dzieci tyle~!

W wodzie to już w ogóle czyste szaleństwo było.
Zajęcia prowadzone są bardzo fajnie, w dodatku naprawdę intensywnie - do tego stopnia, że Zosia już pod koniec zjadała swego kciuka z potrzeby snu. I zasnęła snem kamiennym jak tylko wyszłyśmy spod prysznica, zwinięta w ręczniku w ramionach tatusia (gdzie miała jedynie poczekać aż ja się ubiorę, co w wielkim biegu trwało jakieś 5 minut). Ubieranie śpiącego brzdąca było kolejnym wyzwaniem - brzdąc z resztą przebudził się na chwilę, by przypomnieć matuli, że po takim wysiłku niewiarygodnie chce się jeść! Po chwyceniu piersi i wciągnięciu mniej więcej podwójnej standardowej dawki mleka powróciła do błogiego stanu snu... A mi zostało wtedy TYLKO
w totalnym rozgardiaszu (kolejne grupy "kursantów" się przewijały) pozbierać 4 ręczniki, ogarnąć swoje rzeczy, spakować obie torby, dziecię zapakować w fotelik i ruszyć do szatni by wsunąć chrapiące błogo maleństwo w kombinezon... Oczywiście o wysuszeniu głowy własnej zapominając. Zosiny tatuś był mało osiągalny, bo w ferworze fotografowania basenowych zmagań swoich kobiet dał się ochlapać porządnie wodą, toteż zniknął mi w męskiej szatni i próbował się dosuszyć (a jak wiadomo jeansy nie schną za szybko ;)).
Ale udało się nam wyruszyć w drogę powrotną - i nawet w domu mieć trochę czasu dla siebie, bo Zosia spała naprawdę długo, jak na dzienną drzemkę :)


Oficjalnie - lubimy basen! :D

p1

Gwiazdkowo – garść życzeń, ciepłych myśli i rodzinny update ;)

W gwiazdkowym radosnym zabieganiu, przysiadam na chwilkę, by złożyć Wam życzenia -spóźnione, ale przecież świąteczny czas trwa nadal :)



Wspaniałych, rodzinnych Świąt, napełniających serca ciepłem i miłością, niosących spokój i wytchnienie, kojących skołatane nerwy. Niech zapach piernika i pomarańczy zostanie w nas na kolejny rok, ogrzewając dusze!




Przygotowania do Świąt mijały nam wesoło, Zośka dzielnie pomagała we wszystkim- nawet mycie podłogi w łazience zainicjowała podczas kąpieli ;) Razem ubierałyśmy drzewko, rodzinnie piekliśmy pierniczki, a później ze znajomymi bawiliśmy się w dekorowanie ich. Sympatyczny, choć kompletnie zwariowany czas :)


choinka sztuczna w tym roku - brakuje co prawda leśnego zapachu, ale z kotem, niemowlakiem i kudłatym dywanem to jedyne rozsądne wyjście... ;)


jeden z Zosinych prezentów - piękny, prawda? klimatycznie rozświetla nam wieczory... :)

Zosia w Wigilię rozpoczęła 6 miesiąc życia, zatem kolacja była tym bardziej wyjątkowa. Nie mogłam karmić córeczki samymi zapachami, zjadła więc wraz z nami - pierwsze łyżeczki kaszy jaglanej! Była co najmniej zdziwiona ;-) ale nie wypluła ani bubinki. Memlała sobie w pełnym skupieniu, robiąc milion śmiesznych min:-) Sukces! 


Najedzona oraz wyspana wyruszyła następnego dnia na podbój świata i niczego nie przeczuwających serc rodziny, ze swoim czarującym, elfim uśmiechem... Czyli porwał nas świąteczny maraton odwiedzin, prezentowania i zajadania się na przemian pierogami i pierniczkami, w kolejnych życzliwych domach (^_−)



A jak Wam mijają gwiazdkowe dni? :)
Mam nadzieję, że równie pogodnie i miło!  

p1

Pod czujnym okiem Niani i Babci....

...oczywiście mam na myśli Nianię Ogg i Babcię Weatherwax ;)


Innymi słowy: Zosia poznaje Pratchetta! :)

Korzystam z okazji, że Zośka nadal woli przedmioty trójwymiarowe nadające się do ciamkania lub wyginania, od obrazków w książce, a czytane/opowiadane treści interesują ją zawsze -  pod warunkiem włączenia gestykulacji, modulacji i zabawnych min ;) W takim układzie możemy równie dobrze (a nawet lepiej!) czytać Zosieńce to, co uważamy za Literaturę Wartościową z odpowiednią dozą humoru... ;) 
Wczoraj był czas na fragmenty "Równoumagicznienia"...

"Babcia przygryzła wargę. Nie bardzo wiedziała, jak ma się zacho­wać w stosunku do dziecka. Dzieci uważała - przy tych rzadkich oka­zjach, kiedy w ogóle o nich myślała - za coś pośredniego między ludź­mi a zwierzętami. Znała się na niemowlakach: z jednego końca trze­ba lać mleko, a drugi utrzymywać w czystości. Dorośli są jeszcze łatwiej­si, bo sami się karmią i myją. Ale pomiędzy jednymi a drugimi istniał świat, którego nie próbowała nawet zrozumieć. O ile się orientowała, należy tylko pilnować, żeby nie złapali czegoś groźnego, i mieć nadzie­ję, że wszystko się dobrze skończy."

...życiowe mądrości Babci są niezastąpione :D

Dziś kontynuujemy, Zosia miętosi "kartki" szeleszczącej książeczki do ciamkania i głaskania, a ja czytam jej dalej... Fajnie jest!
A za parę dni przejdziemy do klimatu gwiazdkowego - "Wiedźmikołaja" ;)

Uśmiechu wszystkim dziś życzę~ :))

p1

Szaro-buro i mgliście

Nastrój dziś jak pogoda, rozmyty jakiś i szary... Zosia, mimo kolorowej maty i ulubionych ciamkatek wokoło, też jakaś nieswoja...
Jesteśmy jak jeżozwierze, o. Albo jeże!


Mój mały domowy jeż przepełzł właśnie niesamowity dystans ok 40 cm, by ugryźć nogę żółwia z maty! drapieżne te jeże! ;)

O! do takich jeży się dziś poczuwam:



...jak widać jeże, choć kolczaste, też mogą być sympatyczne :D a te wyjątkowo pasują do nastroju dnia ;]

p1

Chwila oddechu... ;)


Gorączka sobotniej nocy, szał ciał, ach! We're gonna moooooove like Jagger~!
...czyli młodzi rodzice wychodzą tańczyć ♪┌(・。・)┘♪

Post nie jest merytoryczny, wiem, ale muszę się podzielić radością :)  Nie narzekamy co prawda na ubogie życie towarzyskie, ale przez ostatnie 4 miesiące toczyło się ono w zasadzie tylko pod naszym dachem... A dziś nareszcie mamy okazję wyjść na urodziny znajomego! Muszę przyznać, że człowiek wygłodniały jest tańca, głośnej muzyki i fajnych ludzi w liczbie większej, niż mieści się w naszym "dużym" pokoju ;)

Zatem jesteśmy po kąpieli, ubranie przygotowane wisi na wieszaku (miła odmiana, ostatnio moje ubieranie się polegało na ubieraniu Zosi przez 10 minut, a potem wrzucaniu na siebie tego co akurat ręka wymacała w szafie;)), mleko w lodówce... Zosieńka spać będzie pod kochającym okiem czujnych dziadków, albo odwrotnie, a my idziemy zdobywać parkiet~!


Wam wszystkim dziś także życzę udanej sobotniej nocy :)


p1

Fenomen video 'Co ciąża zmieniła?...' :)

Już pewnie większość z Was widziała filmik 'Co ciąża zmieniła? Nadal mam nieposprzątane w chacie, ale teraz mam wymówkę' Magdy z Edzieckopltv, a tych którzy nie widzieli odsyłam do Youtube... z resztą, obejrzyjmy go wszyscy jeszcze raz ;)


Rewelacyjny jest, nie? :)
Nie dlatego, że poczuwam się do każdego słowa, nie dlatego, że ironiczne opisywania tego okresu po prostu jest zabawne - uwielbiam ten filmik, ponieważ w przesympatyczny sposób opisuje największy absurd początków rodzicielstwa: jest ciężko, frustrująco i całkiem na opak czasami, a mimo wszystko to jest najpiękniejszy czas w życiu :) Ostatnim zdaniem pani Magda wywołała najszczerszy uśmiech na mojej twarzy, taki nawet ciut przez łzy... :)

Jak pewnie większość matek które oglądają ten filmik, jestem w stanie podopisywać mnóstwo kolejnych elementów do "litanii" - kąpiel która urasta do rangi największego życiowego luksusu, książki czytane po 3-4 strony, łysienie poporodowe, monotematyczność i nudzenie "niedzieciatych" znajomych, oczy tak sine z niewyspania, że prawie zastąpią makijaż smokey eyes, uroki ciąży, szpitali, huśtawek hormonalnych i z wycieńczenia libido poziomu zdechłego pająka... I uśmiecham się słuchając, dopowiadając, bo przecież wiem, wiem jakie jest ostatnie zdanie :) Wiem jak kocham to Małe Szczęście, wiem jak pomimo ciężkich wspomnień myślę sobie że "ciąża fajna była" i że poród był piękny, zamiast "piekielny"...

Chyba tylko matka może zrozumieć, że tak pokręcony czas, trudny, wyczerpujący, wymagający, naprawdę jest najpiękniejszym okresem w życiu. I za każdym razem, gdy na facebooku kolejna znajoma matka udostępnia ten filmik, myślę sobie jak bardzo wiele nas wszystkie łączy :) To taka bardzo ciepła myśl, warta uśmiechu :)


Chciałabym zatem podziękować pani Magdzie, za nagranie tych paru dosadnych słów, które bawią i wzruszają swoim prostym, pięknym przekazem :) dziękuję!

p1

Antidotum na szarość

No dobra, dzień jest dość podły. Szaro-bury, jesienny, lodowaty i wilgotny. W taki dzień każdy najchętniej zostałby w domowym zaciszu, pod ciepłym kocem i z kubkiem czegoś gorącego... A wszyscy, których do wyjścia zmusiły obowiązki, wyglądają ponuro i szaro, tacy znużeni i poirytowani.


Lokalnym rozchmurzaczem okazała się Zośka :) Zaczepiała wszystkich na spacerze, śmiejąc się, zapluwając radośnie i gaworząc - rety, gdyby tak dało się wyekstrahować jej urok i moc rozpogadzającą, skomercjalizować i puścić w obieg, rynek antydepresantów przestałby istnieć 。^‿^。 Nikt kogo mijałyśmy nie został ponury, a na chwilę nawet jakby wyszło słońce... To chyba jakaś dziecięca super-moc!

Ale skoro zasięg oddziaływania mamy ograniczony, tym z Was, którzy też zszarzeli i udzieliła im się jesienna marudność, polecam przyrządzić sobie pyszną, gorącą chai... pomaga!


Masala Chai

Ten aromatyczny napój pochodzi z Indii, niesie więc w sobie moc aromatów, i przywodzi na myśl ciepłe kolory, migocące w tamtejszym słońcu... Rozgrzewa, orzeźwia, pobudza. 
Ale uwaga - uzależnia!

p1

Czas na miłość! Czyli związek po narodzinach dziecka


Przez 9 miesięcy szykujecie się na przyjęcie Waszego dziecka. Przygotowujecie mieszkanie, czytacie książki, kompletujecie wyprawkę, cały Wasz świat zaczyna już przyjmować nowy rytm. I tak oto zwarci i gotowi czekacie na ten wielki dzień... W końcu nadchodzi, i Wasze Małe Szczęście przychodzi na świat.

Wtedy okazuje się, że żadna szkoła rodzenia, żadne książki i dobre rady, absolutnie nic nie było w stanie Was do tego przygotować :) Zaczyna się dla Was całkiem nowe życie, które budujecie od podstaw...

I tu chciałabym napisać słów kilka o tych podstawach właśnie. Bowiem wszystkie informacje, które przyswajają wtedy młodzi rodzicie dotyczą dziecka, jak się z nim obchodzić, jak wspierać jego rozwój, jak odczytywać jego komunikaty itp. To wszystko jest wiedza ważna i niewątpliwie potrzebna! Ale czy tylko to? Podstawą Waszego dalszego życia rodzinnego, jak również podstawą zdrowego i radosnego rozwoju Waszego dziecka, jest Wasza miłość. Nie pięknie przygotowane mieszkanie, dziecięce mebelki, zabawki, większy samochód czy biblioteczka pełna fachowej literatury... Sfrustrowani, zmęczeni, rozżaleni i tęskniący za minioną "wolnością" od obowiązków, nie będziecie w stanie dać sobie ani dziecku szans na szczęśliwe dni.
To właśnie wasze uczucie, ciepło i bliskość, są niezbędne, by rodzina którą tworzycie była szczęśliwa :)

A nie jest łatwo...

p1

Długi weekend pod znakiem Draculi i kołdunów

Uwielbiam nasze Planszówkowe Niedziele ze znajomymi, a jeszcze bardziej lubię gdy niespodziewanie gra toczy się dalej w cudnie wolny poniedziałek :D Jako że cotygodniowe spotkanie stało się tym razem dwudniowe (wyczerpując zupełnie rezerwy mego czasu wolnego), nie miałam kompletnie czasu pisać - co niniejszym nadrabiam ;)
Tym razem grupą Łowców wyruszyliśmy na poszukiwanie zbiegłego Hrabiego Draculi...

Gra kooperacyjna, klimatyczna i sympatyczna :)
Jedna osoba wciela się w rolę Hrabiego, podczas gdy pozostali gracze dzielą między sobą role 4 łowców: Doktora Stewarda, Miny Harker, Lorda Godalminga i Van Helsinga. Tropienie na mapie Europy śladów Draculi to naprawdę niezła rozrywka logistyczna :) Każdy z łowców ma swoje specjalności, a umiejętne korzystanie z kart przedmiotów oraz spora doza szczęścia przy wyciąganych kartach wydarzeń dają szansę dopaść Hrabiego, zanim ten stworzy armię wampirów. 




Planszówkowe niedziele są oczywiście czasem nie tylko grania, ale pogaduch, wspólnego gotowania, jedzenia i bawienia się z Zośką, czyli pełny serwis ;) W menu poniedziałkowym prym wiódł rosół z królika z kołdunami... Pycha! Zwykle gotujemy razem z naszymi gośćmi (bądź idziemy na łatwiznę i zamawiamy sushi, ale to tyko w porywach burżujstwa, czyli naprawdę rzadko...;)), tym razem jednak zabraliśmy się za kucharzenie z mężem wcześniej, kiedy akurat Zosieńkę zmorzył sen. 

p1

Leczenie może być przyjemne! ;)

Post wtrąceniowy, bowiem nie miałam kompletnie dziś czasu dokończyć tematu zdobienia ścian... Jutro napiszę, promise ;)
Rano batalia z czasem by zdążyć z Zosieńką na wizytę kontrolną u laryngologa - a była to walka niebanalna, bo ogarnięcie całego porannego ceremoniału podawania leków, turlania, przewijania, karmienia, podawania kolejnych leków, czyszczenia noska, pędzlowania uszu, zakraplania kropli, karmienia znów, ubierania do wyjścia i chustowania, w międzyczasie tuląc i uspokajając i zagadując maleństwo, mając mocno ograniczony czas.... to naprawdę wyzwanie :) Dałyśmy radę, przeżyłyśmy drogę i całkiem spokojnie zniosłyśmy wizytę u lekarza (jest lepiej ale ciągle nie "dobrze", wymaz pobrany i leczymy dalej). I wszystko byłoby zupełnie nieźle, gdyby nie to, że wirusy znalazły wyłom... Zachorzałam i ja.

Maseczka założona (tfu!) i nastąpiła mobilizacja wszystkich sił obronnych organizmu.
Zosia usnęła, a ja zabrałam się za zdrowienie pełną parą :) "parą" to słowo-klucz! ;)

p1