24 lipca Zosieńka skończyła pierwszy roczek naszego wspólnego życia. Z przytupem, rzecz jasna! ;]
A że jakoś w tym terminie zbiegło się całe mnóstwo wydarzeń, Herbacianej udało się wrócić dopiero teraz - toteż i przytup nam wychodzi z poślizgiem ;-)
to nie będzie fotorelacja z urodzin - tę wrzucę najprawdopodobniej jutro.. ;))
Piękny to był rok. Każdy dzień przynosił nowe wrażenia, niespodzianki, chwile zdumienia i zachwytu. Każdego dnia uczyliśmy się siebie nawzajem, poznawaliśmy się i odkrywaliśmy. I każdego dnia przekraczaliśmy kolejne pułapy miłości, choć zdawało się, że bardziej kochać już nie można... :-)
...było też wiele nieprzespanych nocy, płaczu - Jej, mojego, wspólnego. Chwile kryzysu i bezsilności. Ale jakoś zupełnie nie liczą się one w ogólnym rozrachunku ;-) bo to naprawdę był najpiękniejszy rok.
Dobra, starczy tych ckliwości, bo Was zasłodzę na starcie ;)
To w zasadzie jaka jest nasza, rok mająca, Córeczka?
Kochana :-D
Przefajne są, powiadam! Zwłaszcza, jak wyznaczają kamienie milowe w rozwoju Dziecia :)
0,75! 3/4 roku. 9 miesięcy.
Ostatni kwartał niemowlęctwa rozpoczęty!
Niesamowite...!
Pora na króciutki bilans, by wiadomo było co i jak :)
Zofijka, 9 m-cy
waga:8200g
wzrost:niezmierzony ;) rozm. ubranek: 74
zęby: nadal w drodze
włoski:czuprynka do najbujniejszych nie należy, ale za to włoski mięciutkie są i z miedzianym połyskiem... :)
zjada: ładnie, chętnie i bez grymaszenia - lubi to, niezmiennie :D ograniczeń pokarmowych niemal brak, nie dajemy jej jedynie miodu, grzybów i orzechów :)
mówi:baba, dadaaa, mama (wczoraj wołała wyciągając rączki, więc już jakby świadomie? <3), oooo!, ech? i mnóstwo niepojętych, dźwięcznych kombinacji
poruszanie się:raczkuje, pokonując przestrzeń w zawrotnym tempie, podciąga się do stania (rzadko), do klęku (stale), stoi przy meblach, huśta się postawiona w bujaku i na huśtawce
tematy pieluchowe: nocnik króluje! coraz rzadziej jakakolwiek zawartość ląduje w pieluszce, nawet przez 11 godzin w nocy potrafi się wstrzymać, a dopiero rano na nocniku zadziałać... szacun normalnie! :D
zabawy:"pisze pani na maszynie" i "robienie ciasta", czyli zabawy "masażowe" to hit :) przekładanie zabawek bez końca, podnoszenie i upuszczanie, prócz tego ukochane "a kuku!", wydawanie odgłosów zwierząt i zaczepianie stukającymi o podłogę palcami :) aczkolwiek ulubiona zabawa to chyba niezmiennie ganianie kota...;)
ulubione zabawki:piłeczki "jeżyki", żyrafka Sophie, żółwik do kąpieli, książeczka "Na wsi" i "Bardzo głodna gąsienica", ale i ze zwykłą tetrą wyczynia cuda ;)
zdrowie:pojawiła się alergia na brzuszku, nie mamy pojęcia na co. Wg. Pani Doktor nie wygląda to zupełnie na AZS, czy na skazę białkową. Obstawia czynniki zewnętrzne... mam nadzieję że winny jest dwukrotnie do prania użyty Jelp, bo strach nas oblatuje na samą myśl, że mogłaby to być Yuko- nasz koci futrzak to najmilejsza atrakcja dzieciowych dni, a i herbacianych...
charakter:zaczynamy go poznawać ;] ale nadal Zosieńka jest przede wszystkim radosna :) Łatwo ją rozbawić, śmieje się dużo i często, zaczepia uśmiechem... :) jest szalenie towarzyska, nie przejawia póki co żadnego strachu wobec obcych, a za dziećmi wprost przepada! ciekawska, wszystkiego chce dotknąć choć jednym paluszkiem; odkrywa swoje ograniczenia - i rzecz jasna nie jest nimi zachwycona, ale bardzo zgrabnie oswaja te uczucia; spacery uwielbia, zwłaszcza gdy w pakiecie zawierają podsadzanie do co ciekawszych roślinek, głaskanie kory, wąchanie kwiatuszków i plac zabaw na deser ;] Zosia potrafi i lubi bawić się sama, czy to w łóżeczku, czy na podłodze - zabawki, książeczki i Zoś jest w swoim kolorowym świecie :) pobudki robi nam przed 5.00... ewidentnie świat ją fascynuje i zachwyca, a my staramy się podłapać jej perspektywę i pozachwycać się też :)
ciekawostki:Zosieńka polubiła niezmiernie swoje łóżeczko, ostatnio gdy jest zmęczona wyciąga doń rączki, a po ułożeniu wierci się jakiś czas, prezentuje przedziwne akrobacji, koniec końców znajdując "swoją" pozycję i usypiając słodko :)
Jak Wam minął ten czas? nie mogę się doczekać nadrobienia czytania, jestem szalenie ciekawa co u Was słychać!
Nam ostatni tydzień minął błyskawicznie, pod znakiem nieprzespanych nocy, pysznych wypieków (winnych braku snu, ale coś za coś! ;)), kolorowych kraszanek, Zosieńkowej radości i rodzinnych spotkań... Miły czas :) Ale mocno nadwyrężający matczyne siły...
W ultra-podsumowaniu:
- mazurki z mascarpone są absolutnie najlepsze! <3
- naturalne farbowanie jajek to przednia zabawa! nawet ocet nie przeszkadza ;)
- drewniane jajka nokautują klasyczne zabawki i cieszą dziecię do łez :P
- brak równości płci bywa korzystny - w piątek kobiety dostały wcześniej wychodne z pracy :P
- alergia jednak nie ominęła mego dziecka - plamy na brzuszku niewiadomego pochodzenia przewracają teraz naszą dietę do góry nogami
- wiosna, nareszcie porządna wiosna...!!!
Nadal jestem na sennym debecie, także pisanie jeszcze mnie przerasta, zwłaszcza że zanim odzyskałam pełną przytomność, już trzeba było gonić do pracy... Chciałabym tyyyyyyyle Wam opowiedzieć, ale zwyczajnie nie dam rady.
Zostawiam Was zatem z kilkoma Zosieńkowo-świątecznymi fotkami :)
Nigdy nie pozwól rzeczom, których pragniesz, przysłonić ci rzeczy, które masz.
Mamy cele, marzenia, dążenia. Wytyczamy sobie ścieżki, którymi konsekwentnie zmierzamy do kolejnych punktów, czekających „gdzieś tam”. Gdzieś po drodze, z uporem maniaka, gubimy sens.
Nauczeni jesteśmy patrzeć w przód. Bo przecież trzeba mieć cel, który ukierunkowywać będzie nasze kroki. Bo to nas definiuje i mówi „po co”… Bo boimy się niedookreślenia. Albo gorzej – bo tak bardzo przeraża nas nasza codzienność, że tylko kurczowa wiara w lepsze jutro dodaje nam sił. I wpatrujemy się w te nasze kolejne cele, idąc, biegnąć, pełznąc – bezlitośnie depcząc po drodze naszą teraźniejszość.
Bo „dziś” jest przecież tak niedoskonałe, wadliwe. Doskwiera brak czasu, brak funduszy, brak cierpliwości, brak „fajerwerków”. Jutro – o, jutro będziemy mieć więcej, jutro się tym nacieszymy, jutro świat będzie nasz! Więc byle do jutra… Odkładamy życie „na później”. Żyjemy od weekendu do weekendu, od święta do święta. Coraz rzadziej łapiąc oddech. Coraz częściej nawet uczucia odkładając „na weekend”. Jak trybiki jakieś marnej maszyny. Jak bardzo kiepski żart.
Kiedy tylko życie nieco zwalnia rytm, bo chwilowo osiągnęliśmy kolejny wytyczony punkt, powszedniość zakrada się niepostrzeżenie i osnuwa wszystko wokół. Wysysa całą radość i satysfakcję. Powszedniość niekoniecznie jest dostojna. Stabilne korzenie, nasze punkty zaczepienia, zbyt szybko obrastają rutyną i parszywieją. To taki tętniak naszej codzienności, rosnąca bomba z opóźnionym zapłonem. Powszednieją rozmowy, sprowadzając się do pustej wymiany bieżących informacji. Powszednieją małe, celebrowane niegdyś przyjemności. Powszednieją bliskie twarze. Powszednieje rytm domowych wieczorów.
Bo gdy patrzymy uparcie tylko w przód, nasza codzienność przestaje mieć znaczenie. Powszedniość=nijakość. W dodatku lubi wlec za sobą obojętność, sukcesywnie sprowadzając wszystkie barwy do odcieni szarości. Wydaje się, że jedynym sposobem, jest znaleźć sobie jak najszybciej nowy cel – i biec…
Dokąd?
Stop.
Odetchnij. Rozejrzyj się.
Jesteś TU. Teraz. Nie ważne gdzie chciałbyś być, nie ważne co chciałbyś mieć, co robić i jak wiele jeszcze założyłeś sobie „do osiągnięcia”, czy „do poprawy”. Jesteś tu. Ten mały wycinek świata, czasu i przestrzeni – jest Twój. Zaakceptuj go. Polub choć trochę. Uśmiechnij się do niego. Zdziwisz się, jak szybko odpowie uśmiechem. Ekspedientki w sklepie, kontrolera, dziecka na ulicy, a przede wszystkim Twoich bliskich. Z tego Tu i tego Teraz wyciśnij co się da – a zawsze da się więcej niż myślisz.
Jutro? Jutro może nas już nie być.
Więc zatrzymaj się na chwilę. Przypomnij sobie, co jest ważne.
Spójrz w oczy dziecka. Pozwól oczarować się jego uśmiechem. Daj się obezwładnić miłości. Kiedy ostatnio była Twoim numerem 1? To życie – ten wspaniały mały człowiek – istnieje dzięki Tobie! I w jego oczach Ty właśnie jesteś Wszystkim. Masz nieograniczoną moc, mądrość i siłę! Ożywiasz cienie, oswajasz strachy, a całusem uśmierzasz ból…
Spójrz na świat oczyma dziecka – i zachwyć się nim.
Spójrz w zmęczoną twarz ukochanej osoby – i przypomnij sobie, co tak faktycznie znaczy kochać.
Spójrz na to, ile masz. Doceń każdy, maleńki fragment swego życia. I żyj, nie czekaj!
*Źródło* Szczęście nigdy nie przyjdzie do tych, którzy nie potrafią docenić tego, co już mają
Chcesz coś zmienić? Ależ zmieniaj! Marz, planuj, działaj! Ale żyj dziś, a nie dopiero gdy „coś” osiągniesz. Bo nam, ludziom, zawsze mało. Zawsze znajdziemy dobry powód, by odłożyć życie na lepsze „później”. Tylko że za tą linią, która zdefiniuje szczyt Twoich dążeń, nie czeka raj – czeka pustka.
Twój czas, to ta chwila którą masz w dłoniach. Nie ważne jak krótka – możesz ją wypełnić zawsze tym, co najlepsze. Uśmiech, ciepłe słowo, drobny gest, głupi kwiatek, krótki taniec – te najbardziej niepozorne „dodatki” to przecież czysta esencja życia.
Nie chrzań tego. Żyj :)
Banalne, a jakże. Ale ta banalna wiedza najszybciej ulatuje z głowy… Tekst pisany w potrzebie chwili. I w nadziei, że może komuś też się przyda
۶ Napływ do życia tematów "niedzieciowych", w dodatku w sporo szerszym gronie spotykanych co dzień ludzi, działa niezwykle odświeżająco
۶ Nie ma rzeczy niemożliwych - no rety, urodziłam dziecko! ja nie dam rady?!
۶ Szefa nie trzeba nosić na rękach!
۶ Przez 8 godzin nikt mnie nie gryzie, nie obślinia, ani nie dekoruje ulewaną niespodzianką
۶ Posiłki spożywam wtedy, gdy chcę (i w dodatku mogą być ciepłe! ♡)
۶ Kawusia! z ekspresu! ...taka malutka i nie codziennie, ale to i tak więcej niż dotąd ;)
۶ Do mego życia wrócił rower!
۶ Zdolności organizacyjno- logistyczne rosną jak szalone (choć daleko mi do Mistrzyń tej kategorii, to jednak każdy dzień to nowy rekord!)
۶ Przez część dnia nie patrzę na świat z matczynej perspektywy (no, przynajmniej nie wyłącznie ;))
۶ Nie ma ryzyka że zaśpię do pracy - mój Budzik jest niezawodny, a skuteczny!
۶ Kiedy jesteśmy razem, cóż, miłość wypełnia nasz świat po brzegi i wylewa się uszami...♡
Strona ciut mniej pozytywna
۶ Doba skurczyła się do rozmiarów smętnej rodzynki, nie dając już nadziei na wykrzesanie choć jednej, soczystej godzinki...
۶ Rozdwojenie osobowości etatowych niesie za sobą stale ryzyko, że herbaciana włączy nie tą "głowę" i wykrzaczy system
۶ Przez 8 godzin nikt mnie nie tuli, nie obślinia, nie czaruje najpiękniejszym, bezzębnym uśmiechem...
۶ Tęsknota pogryza pięty, rozprasza i tupie w głowie (najmocniej wtedy, gdy trzeba się skupić, rzecz jasna)
۶ Niedostatek snu naprawdę doskwiera... niekiedy domagając się swoich praw w najmniej właściwym momencie
۶ Godzina 21 stała się nagle Bardzo Późną Porą, o zatrważającej sile sennej perswazji
۶ Ciągłe planowanie autentycznie przegrzewa mózg
۶ 4 godziny spędzone z dzieckiem w ciągu dnia to okrutnie mało
۶ Spaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaać....!
Ciągle jeszcze muszę pilnować, by na karku trzymać tę właściwą w danej chwili głowę...
Zosia na szczęście jest zadowolona, dobrze jej z Babunią, a mnie wita codziennie najradośniejszym uśmiechem :) ( po czym dosiada się do baru mlecznego i w zasadzie do rana nie odpuszcza go na krok ;P)
W ostatnim tygodniu, jakby nie dość było zmian i atrakcji, to jeszcze Zosieńka przeszła pierwszą wirusówkę... Jakiż był mój strach, gdy po raz pierwszy gorączkowała! A jakie wyrzuty sumienia, gdy zostawiałam ją chorą w domu :(
Ale na szczęście szybko z tego wyszła. Ja również staram się wrócić do pełni zdrowia - w tym szczytnym celu zanurzę się za chwilę w gorącej kąpieli i padnę w ramiona ożywczego snu.. tuląc Męża i Zosieńkę :) ♡
A na dobranoc załączam zdjęcie 12/52 (wiem, bez uśmiechu, tak w drodze wyjątku, bo chorowicie i w ogóle...)
Wysnułam nową teorię - dzieci mają zdolność czerpania energii z... zaskoczenia.
Zosia spała marnie tej nocy, o 3 zrobiła nam pobudkę i dała się utulić dopiero ok 5 rano. Po czym o 6.30 wstała, a ja z nią, rzecz jasna. Jako że niedziela to nasz dzień basenowy, cotygodniowy rytuał polega na przebraniu, wybawieniu i nakarmieniu dziecięcia, po czym położenia spać na troszkę przed wyjściem (idealnie byłoby tak o 9.45- ale idealnie brzmi w zasadzie jak nierealnie ;)), bo do wody wchodzimy o 11.30, a to felerna pora jest, bowiem dla większości maluchów drzemkowa. Dotąd raz zdarzyło się, że Zosia była niewyspana na zajęciach, co skutkowało płaczem i niemożnością ubrania/ opieluchowania/ nakarmienia po pływaniu.
Od tamtej pory udaje się nam zwykle ułożyć ranek rak, by spała choć trochę.
Ale nie dziś.
Dziś Zosieńka nie chciała jeść (bo to kaszka była). Przekonał ją dopiero banan, jednak całe marudzenie trwało na tyle długo, że szanse na sen dziecka zmalały w zasadzie do zera. Zasypiać zaczęła dopiero w samochodzie. Niektórym dzieciom to pewnie służy, ale nam droga zajmuje maksymalnie 7 minut... Jednym słowem, przeczuwałam zbliżający się nieuchronnie totalny kataklizm.
I jakby Zofijka to wyczuła - postanowiła wziąć matulę z zaskoczenia, ładując sobie jednocześnie akumulatorki (energią kosmosu chyba)! Ani śladu łez, ani śladu marudy! Od wejścia do szatni uśmiechała się, zaczepiała dzieci, pod prysznicem ochlapywała radośnie mamę... a w basenie to już był CZAD!
Po raz pierwszy Zosia autentycznie pływała, a nie tylko cieszyła się byciem w wodzie. Pływała! Szok! Nóżki robiły piękną żabkę (co nie było w planie, ale za to jaki efekt!), a zadowolona Zocha sunęła po wodzie niczym wyrośnięty nartnik i pohukiwała z entuzjazmem tym swoim sówkowym dzióbkiem (tak, wiem, anomalia przyrodnicza ;P). Nurkowała jak zawodowiec, wynurzając się niezmiennie z uśmiechem. I choć tam byłam - nadal ciężko mi uwierzyć. Dobrze, że Tatuś był świadkiem ;D za to aparatu nie było...
Matka jednak ma ograniczone zaufanie do tak idealnych chwil, spodziewała się zatem nagłego spadku energii i wielkiej awantury w szatni. I - Panie i Panowie - nic bardziej mylnego. Chyba Małą napędzało robienie matuli w jajo... ;)
Tak to ona może mnie nabierać codziennie, pięknie proszę!
Zasnęła snem sprawiedliwych przy jedzeniu, dając nam złudzenie, że może normalnie zakupy zrobimy i obiad i w ogóle...
Spała okrąglutkie 30 minut, budząc się po wejściu do mieszkania.
I hejże, baw mnie!
Wieczorem spała aż 20, tak dla odmiany. Za nic nie chciała spać, za to kicać i chichotać owszem...
Nabieram podejrzeń, że córcia nasza testuje hipotezę, czy da się tak bawić na okrągło bez tracenia czasu na sen... Na pewno jest na dobrej drodze.
9/52
dzisiejsze, świeżutkie ujęcie naszego Szkraba, kombinującego, jak by tu zejść z fotelika... ;]
Intensywny ten nasz luty! Wiosna pełną gębą, bazie na gałązkach, ptaki szaleją, życie ruszyło pełną parą... Pewnie znowu zima wróci w maju.
Ale póki co jest czym się cieszyć - nawet jeśli z ograniczonym zaufaniem ;) Wiosenne spacery z Zośką... rety! Z jakim zachwytem biegają te niebieskie oczyska po wszystkim wokoło! Jak toto się wyciąga by lepiej widzieć, główką kręci jak peryskopem, wyciąga rączki, łapie bazie, głaszcze korę... Już chyba wie, że wiosny nie da się nie lubić :D
Dzisiejszy post jest sponsorowany przez Delfinka Sonny Angel - co znaczy że minęło nam 7 cudnych, wspólnych miesięcy :) post jest, ma się rozumieć, sponsorowany jest jedynie na modłę Ulicy Sezamkowej, bo Aniołki "sponsoruje" Zosieńce babunia... ;)
...pisałam Wam już, że co miesiąc Zosia dostaje kolejnego Aniołka do kolekcji? Pierwszy roczek upływa pod znakiem zwierzątek "okołowodnych", czyli seria Marine - to chyba ze względu na herbaciane zboczenie hydrobiologiczne... ;)
No dobra, aniołki aniołkami, a przecież nie o tym miało być!
8 miesiąc rozpoczął się nam pod znakiem sprężynowania... Zosia rwie się do wstawania, a najlepszą zabawą w ciągu dnia jest trzymanie jej pod paszkami, podczas gdy Rumcajs nasz kochany staje, odbija się i kica. Generalnie wygląda to przekomicznie. Mniej dobrze bawią się moje ręce, bo to już niebagatelny ciężar, a Zosia nie usiedzi już dłużej niż minutę, tylko wypycha brzuszek do przodu i prostuje nóżki...
Prócz tej ruchliwości i ciekawości świata, wyraźnie zaznacza się Zosieńkowa ciekawość smaków. Obecnie kulinarne starcia smaków wygrywają: brokuły, banany, cukinia, pieczywo, masełko i naleśniki. Ale Zosia raczej nie wybrzydza ;)
Brak rewolucji w rozwoju mowy, Zosia zdaje się być zbyt zaaferowana odkrywaniem świata i nadal dominują ogólne okrzyki zachwytu i zadziwienia. Ale dużo czytamy i rozmawiamy, więc mam nadzieję to z czasem również uzna za godne uwagi ;)
...a może po prostu będzie jak w kawale o kompociku ;) Znacie? powtórzę za (nie)typową Matką Polką:
Przez osiemnaście lat, pewni rodzice myśleli, że mają niemego syna. Syn ów nie powiedział nigdy ni słowa. Aż do swoich urodzin, na których, ni stąd ni zowąd, zapytał: a gdzie kompocik? Matka w szloch, toż to cud! Prawdziwy cud!
Ojciec płacze z radości i krzyczy: synu, ty mówisz!!
A syn, najspokojniej na świecie: mówię, no i co?
Ojciec: jak to "i co"?! Byłeś niemową ! Po osiemnastu latach w końcu przemówiłeś...
S: nie, nie byłem
O: to dlaczego się nigdy nie odzywałeś?
S: bo kompocik był.
Urok żelaznej logiki. :P
...no właśnie, może po prostu brokułów musi zabraknąć? jak myślicie? ;)
Otóż mieliśmy gości w sobotnią noc, skutkiem czego spać poszliśmy dopiero o 3 nad ranem, co jest morderczą godziną dla herbacianych, wiecznie niedospanych rodziców... Zosieńka, wyspana i radosna, zmusiła matulę swą do wstania o 6 rano, a że wspólne niespanie wcale by nie pomogło, dałyśmy pospać tatusiowi - zbudziłyśmy go dopiero kiedy trzeba już było jechać na basen. Po basenie jednakże herbaciana padła. Dosłownie. A Zosia, z niewyjaśnionych przyczyn, nie. Luby chciał mecz obejrzeć, ja zamierzałam pójść z córą na spacer... ale lunatykowanie z dzieckiem nie byłoby dobrym pomysłem, co zauważywszy mąż opatulił mnie kocykiem i zmienił plan dnia... Wstałam po 3 godzinach (no, w międzyczasie miałam raz dziecko u piersi, ale ledwie przez mgłę mi to świta) i zastałam męża czytającego Zosi bajkę, w domku wypełnionym aromatem spaghetti bolognese... Tak. Luby dał mi sen, zajął się dzieckiem, zrobił obiad i pozmywał...
Dlatego właśnie była to niedziela Taty i Córy :) nooo i mojaa..... ;]
Miewacie czasem takie chwile zatrzymanej w czasie zadumy? Takie, gdy robicie krok w tył, by spojrzeć na dany moment życia, nasycić się jego barwami, będąc świadomym ulotności? Kiedy chcecie nie tyle na modłę Fausta krzyczeć "chwilo, trwaj!", lecz nieco spowolnić bieg czasu, by nie uciekał tak szybko, zabierając cząstki nas i tych dni?
Nie jestem typem nostalgicznym, nie lubuję się w rozpamiętywaniu, w rozciąganiu życia, czy przesadnie egzaltowanym syceniu się wszystkim. To te całe bycie matką tak na mnie wpływa.
Bo zupełnie czym innym jest przyjąć i zaakceptować upływ czasu i przemijanie własnego życia, a co innego pogodzić się z tym, jak mijają nasze chwile z dzieckiem, odchodząc w niebyt. No dobra, może nie w niebyt, bo we wspomnienia, nawet jeśli tylko moje...
2-tygodniowa Zosia
Przyłapałam się ostatnio na tym, że czasem tulę Zosię o tę minutę dłużej niż zwykle, wdycham jej zapach albo łaskoczę dłużej, ciesząc się jej śmiechem... by mieć złudzenie, że mogę na dłużej zatrzymać te chwile.
Chyba po prostu uświadomiłam sobie jak potwornie szybko mija ten czas...
Gdzieś z tyłu głowy ciągle siedzi mi irytująco-tykająca myśl, że dzieci rosną szybciej, niż my się starzejemy i zbyt szybko minie czas bezczelnie długaśnego tulenia, obcałowywania, wspólnego spania... Czas, kiedy wszystko, czego dziecku trzeba do szczęścia, to my.
Jak często my przytulamy swoich rodziców? Za mało, prawda?
Znacie już film "Czas na miłość"? To właśnie z jego plakatu jest tytułowe pytanie...
Co jeśli każdą chwilę możesz przeżyć jeszcze raz?
Film jest rewelacyjny. I w zasadzie nie ma się co dziwić, bo to pysznie uczuciowe kino brytyjskie twórcy "Love actually" i "Nothing Hill" - czyli z gwarancją podania miłości w najprostszej, nieprzesłodzonej, idealnie zbalansowanej formie. "Love actually" to film mieszczący się stale, niezmiennie w mojej TOP10 filmów wszechczasów. A "About time" (czyli właśnie "Czas na miłość" - tyle że jak zwykle polski tytuł chrzani sprawę) spokojnie trzyma jego poziom.
Mamy historię chłopaka, który dowiaduje się od ojca (Bill Nighy!), że mężczyźni w jego rodzinie potrafią cofać się w czasie. Fajna zdolność, trzeba przyznać :) I zdawać by się mogło, że właśnie to będzie kluczowy element filmu. A nie jest -i w sumie całe szczęście, bo nie jest zarysowany nawet w połowie tak dobrze jak np. w "The time traveler's wife". Za to mamy piękny film o tym, jak żyć, by nawet mogąc podróżować w czasie, nie chcieć tego robić... Gdyby to było hollywoodzkie kino, mielibyśmy szalone zwroty akcji, jakieś silne dramaty i uniesienia. Ale to na szczęście film brytyjski! Mamy zatem ciepło, spokój, rodzinę, proste wartości i mocne, a niebanalne przesłanie. I naprawdę porządną dozę uśmiechu :)
Na naszą małą rodzinkę film ten wywarł bardzo dobry wpływ, na pewno będziemy do niego wracać :) Bo te najprostsze prawdy najtrudniej jest utrwalić w pamięci, nie uważacie?
Choć gdyby można było przeżyć każdą chwilę jeszcze raz... Co byście zrobili?
Mi przychodzi na myśl kilka, które chciałabym powtórzyć - ale nie chciałabym nic zmienić, a tylko przeżyć je jeszcze raz :) Na pewno pięknie byłoby móc za kilkanaście lat wrócić do dzisiejszego dnia, wtulić się w radosne dziecko i pobyć chwile w tym prostym, ciepłym spokoju....
Teraz uparcie zatrzymuję chwile, całuję Zosię z jeszcze większym uczuciem, śmieję się do jej roześmianych oczu i chcę dać jej teraz, w tym momencie wszystko to, co będę chciała jej dawać całe życie, nawet gdy ona już nie będzie chciała brać... taka miłość w bardzo skondensowanej pigułce ;)
Przepis na szczęście?
Ech, widzicie, tak sobie do serca wzięłam to pełne przeżywanie każdej chwili, że 3 rozpoczęte posty zawisły w roboczym eterze, a tu tyle nowych tematów ciśnie się na klawiaturę! Kiedy ja to ogarnę? Ale za to ile radochy mamy! Wczoraj na ten przykład odtańczyliśmy z Lubym i Zofiją co najmniej połowę repertuaru Fasolek, zmieszanego z OneRepublic i The Lumineers. Mało tego! Zośka dziś oficjalnie skończyła pół roku! Zdaje się że była tego świadoma, kiedy o 2 w nocy domagała się miziania i turlania... A jak przywitała pierwszy dzień 7 miesiąca życia? O tak: - TATAA - oznajmiło moje dziecię, ciągnąc matulę swą za włosy o 6.30 - Tak Kochanie, tatuś pojechał do pracy...
Chwilę mi zajęło przebudzenie się na tyle, by zrozumieć, że właśnie przeprowadziłam zaawansowany i zrozumiały lingwistycznie dialog ze swoim dzieckiem! A że akurat o tacie chciała rozmawiać... cóż, dobre i to, choć nie ukrywam że wolałabym usłyszeć "Dzień dobry mamusiu, jak Ci się spało?" ;P
Tak tak, dziś nasze Małe Szczęście rozpoczęło 7 miesiąc życia :) I, jak widać, jest już Bardzo Elokwentnym Człowiekiem. Tak elokwentnym, że jak poszłam z nią do kuchni i capnęłam banana śniadaniowego, Zosina rączka powędrowała błyskawicznie w jego kierunku, ze zdecydowanym "DA DA DA!"... Nie ma, nie ma, nie zaczynamy od deseru! (tak, koniec dawania złego przykładu, teraz będę się pilnować, i tak jak wczoraj, zjadać razem z nią kaszę śniadaniową, o! tylko kto tu kogo wychowuje? ;))
Kiedy, o motyla noga, te pół roku nam zleciało? Toć zaledwie chwilę temu Ona była taka maluśka...
No ale, skoro mamy już pół roczku za sobą, zabrałyśmy się już całkiem na serio za jedzenie. W związku z tym, mamy aktywowany domowy tryb dietowy - od teraz gdy córa nie śpi, nie ma jedzenia niczego, czym nie można się z nią podzielić. Ale dzięki temu ja bez kombinowania mogłam zjeść wczoraj ciepły obiad - jadłyśmy bowiem razem :D
BLW (Baby Led Weaning, vel. Bobas Lubi Wybór) rozpoczęte!
Od razu dodam, że nie będzie to BLW w pełni - najprawdopodobniej bowiem wyruszę do pracy zanim dziecię moje nauczy się najadać w ten sposób... Także rano gotować będę jej kaszki, a wszystkie pozostałe posiłki będą zgodne z ideą BLW :)
W tym miejscu muszę nadmienić: dziś, z braku składników w domu i z powodu porażającego mrozu na zewnątrz (a my obie przeziębione), postanowiłam dać dziecku kaszkę gotową, Sinlac zwaną, której próbkę otrzymałam pocztą. I był to pierwszy i ostatni raz, kiedy dałam dziecku coś takiego! Skład mnie nie cieszył, jak to we wszystkich gotowcach, ale myślałam, że skoro to "od 4 miesiąca" i napisali "nowy, delikatny smak", to to faktycznie delikatne będzie...
Przekoszmarnie słodkie. Tak słodkie, że aż mdli. Sacharoza i syrop glukozowy - normalnie bomba. Miałam nadzieję że w jakichś znośniejszych ilościach chociaż, ale niestety, to jakbym nurzała palec w cukiernicy. Na szczęście, memu dziecku wcale specjalnie nie smakowało :D Eko-marchewka pasowała jej bez porównania bardziej!
W każdym razie, na kolejne dni jestem już przygotowana, mam zapas kasz i płatków ryżowych, będziemy działać same :)
Wracam do tematu obiadu! Obiad bowiem fajny był :D I, co tu kryć, "jak jadłyśmy, to jadłyśmy"!
Menu: marchewka i kalafior gotowane na parze z ziołami oraz makaron penne pełnoziarnisty. Do picia woda w Doidy Cup. I bar mleczny na deser ;)
Co smakowało najbardziej? Marchewka! Polowała na nią zawzięcie, wkładała do buźki obiema rączkami, jakby mogła to by dopychała jeszcze... :P
Czego zjadła najwięcej, tak realnie? Kalafiora - łatwiej się rozpadał na kawałeczki, łatwiej też się memlał i dawał połknąć. Ale te rozpadanie się poirytowało mi Zosię, która po około 15 minutach szamania zrzuciła ze stołu połamanego kalafiora, i zaczęła znacząco uderzać rączką w blat... Po czym wróciła do marchewki ;)
Co najłatwiej się trzymało w rączkach? Makaron. Niestety niełatwo go "ugryźć" :)
W ramach ciekawostki dodam, że marchewkę ze słoiczka Gerbera wypluwała konsekwentnie, kiedy jakieś 1,5 tygodnia temu próbowałam jej podać... A jako że to ja kończyłam ten słoiczek, mogę potwierdzić, że ta wczorajsza była o niebo smaczniejsza!
Dziś natomiast córa moja dopadła obwarzanka...
...i TO dopiero było pyszne!
Że gluten? Jakoś się nie martwię... Nie wiem, może to intuicja po prostu, ale nie mam w sobie niepokoju widząc jak zajada. Oczywiście obserwuję czy aby nie będzie jakichś reakcji. Ale - odpukać - dobrze jest!