Od 3 dni walczymy z zatorem w piersi. Wszyscy troje walczymy.
I w końcu chyba wygrywamy! :)
Pisałam już tutaj o sposobach radzenia sobie z nawałem mlecznym i wszystkimi jego atrakcjami. I nie spodziewałam się, że po pięknych 5 miesiącach znów dopadnie mnie problem zastoju pokarmu! Koszmar!
Nie mam nadmiaru mleka, produkcja ustabilizowana, fabryka rusza na bieżąco, było sielsko po prostu... Aż tu proszę! Najpierw wyczułam lekki guzek w prawej piersi w kierunku pachy, taki jaki towarzyszył mi na początku karmienia niemal stale - widać ten sam kanalik lubi mi się blokować. Nie przejęłam się nim zbytnio, delikatnie pomasowałam pod ciepłym prysznicem i poszłam do łóżka. Ale pech chciał, że właśnie tej nocy zmieniliśmy ułożenie - Zosieńka po środku, głowy w drugą stronę, i tak oto znalazłam się dla odmiany na prawym boku. Karmienia nocne odbywają się w zasadzie praktycznie przez sen, więc dopiero rano uświadomiłam sobie, że dokucza mi ból... Musiałam w nocy uciskać dodatkowo przytkany kanalik - dość, że rano to już nie był mały guzek, tylko potężnych rozmiarów kamień :|
I dopiero zaczęłam się martwić. Dotarło do mnie, że to nie tak łatwo będzie jak przy nawale - wtedy Zośka ssała z radością w pozycji "spod pachy", niestety refluksowe przeboje nauczyły ją jeść wyłącznie w autorskiej pozycji pionowej kołyski, i to kiedy stoję/chodzę (z wyjątkiem nocy). A niestety w ten sposób kierunek ssania jest odwrotny do pożądanego, w dodatku główka Zosi często przyciska pierś z tej przytkanej obecnie strony. Niedobrze. Tym bardziej niedobrze, że jak co dzień ostatnio mieliśmy masę planów i nie mogłam tak po prostu skupić się na walce z guziołem, tylko trzeba było wybierać się w gości. Rano tylko rozgrzałam pierś, nakarmiłam, i schłodziłam (tak, kapusty też w domu nie było...). A później dzień gonił... Ból za to rósł. Nie miałam tak wcześniej... Próbowałam regulować Zosieńkowy kierunek ssania, przystawiać, ale nic to nie dawało. Wieczorem czułam się już paskudnie, nie mogłam ruszać ręką ani nosić małej. A pierś wyglądała jak kwadratowa kieszeń, wypchana maksymalnie rozgrzanymi orzechami włoskimi!
I w końcu chyba wygrywamy! :)
![]() |
| Wyspiański- Motherhood |
Pisałam już tutaj o sposobach radzenia sobie z nawałem mlecznym i wszystkimi jego atrakcjami. I nie spodziewałam się, że po pięknych 5 miesiącach znów dopadnie mnie problem zastoju pokarmu! Koszmar!
Nie mam nadmiaru mleka, produkcja ustabilizowana, fabryka rusza na bieżąco, było sielsko po prostu... Aż tu proszę! Najpierw wyczułam lekki guzek w prawej piersi w kierunku pachy, taki jaki towarzyszył mi na początku karmienia niemal stale - widać ten sam kanalik lubi mi się blokować. Nie przejęłam się nim zbytnio, delikatnie pomasowałam pod ciepłym prysznicem i poszłam do łóżka. Ale pech chciał, że właśnie tej nocy zmieniliśmy ułożenie - Zosieńka po środku, głowy w drugą stronę, i tak oto znalazłam się dla odmiany na prawym boku. Karmienia nocne odbywają się w zasadzie praktycznie przez sen, więc dopiero rano uświadomiłam sobie, że dokucza mi ból... Musiałam w nocy uciskać dodatkowo przytkany kanalik - dość, że rano to już nie był mały guzek, tylko potężnych rozmiarów kamień :|
I dopiero zaczęłam się martwić. Dotarło do mnie, że to nie tak łatwo będzie jak przy nawale - wtedy Zośka ssała z radością w pozycji "spod pachy", niestety refluksowe przeboje nauczyły ją jeść wyłącznie w autorskiej pozycji pionowej kołyski, i to kiedy stoję/chodzę (z wyjątkiem nocy). A niestety w ten sposób kierunek ssania jest odwrotny do pożądanego, w dodatku główka Zosi często przyciska pierś z tej przytkanej obecnie strony. Niedobrze. Tym bardziej niedobrze, że jak co dzień ostatnio mieliśmy masę planów i nie mogłam tak po prostu skupić się na walce z guziołem, tylko trzeba było wybierać się w gości. Rano tylko rozgrzałam pierś, nakarmiłam, i schłodziłam (tak, kapusty też w domu nie było...). A później dzień gonił... Ból za to rósł. Nie miałam tak wcześniej... Próbowałam regulować Zosieńkowy kierunek ssania, przystawiać, ale nic to nie dawało. Wieczorem czułam się już paskudnie, nie mogłam ruszać ręką ani nosić małej. A pierś wyglądała jak kwadratowa kieszeń, wypchana maksymalnie rozgrzanymi orzechami włoskimi!



